Danuta Siedzikówna ,,Inka''

Sanitariuszka "Inka" - jedna z podlaskich podkomendnych "Łupaszki". Wśród dziesiątków podlaskich ochotników dołączających do 5 Brygady Wileńskiej AK znalazła się też i mieszkanka Narewki, Danuta Siedzikówna "Inka". Jej bohaterskie, a zarazem tragiczne losy sprawiają, że stała się postacią symboliczną dla całego pokolenia młodych obywateli Rzeczypospolitej, którzy najpierw podjęli walkę z okupantem niemieckim, później zaś nie chcieli zgodzić się na bezprawne rządy komunistów w Polsce. Świadczą też dobitnie, jak nieludzki system stworzyli komuniści po zagarnięciu władzy w Polsce. Danuta Siedzikówna urodziła się 13 IX 1928 r. we wsi Głuszczewina pod Narewką, pow. Bielsk Podlaski. Była drugą córką leśnika Wacława Siedzika i Eugenii z Tymińskich. W rodzinie żywe były polskie tradycje patriotyczne. Ojciec w 1913 r., podczas studiów w Petersburgu, został aresztowany przez władze carskie za udział w tajnej polskiej organizacji młodzieżowej. Zesłany w głąb imperium carów, długo nie mógł odzyskać wolności. Do Polski zdołał powrócić dopiero w 1926 r.! Szlachecka rodzina Tymińskich, z której pochodziła jej matka, spokrewniona była z Piotrem Orzeszko, jednym z bliskich współpracowników Romualda Traugtta podczas poleskiego okresu jego powstańczej działalności w 1863 roku (Orzeszko zapłacił zesłaniem za udział w powstańczej organizacji cywilnej). Dodajmy, że Tymińscy utrzymywali kontakt z żoną swego krewnego, pisarką Elizą Orzeszkową. Świadomość rodzinnej przeszłości musiała niewątpliwie wywierać wpływ na ukształtowanie osobowości i postawy córek leśniczego spod Narewki. Do wojny rodzina Siedzików mieszkała w leśniczówce w Olchówce pod Narewką, gdzie pracował ojciec przyszłej sanitariuszki "Inki". Danuta Siedzikówna uczyła się w szkole w Olchówce, potem zaś w szkole sióstr salezjanek w Różanym Stoku pod Grodnem. Miała dwie siostry: Wiesławę (ur. 1927r.) i Irenę (ur. 1932r.). Dalszą naukę przerwała jej wojna.

We wrześniu 1939 r. teren powiatu Bielsk Podlaski został zajęty przez drugiego agresora - Armię Czerwoną i znalazł się pod okupacją sowiecką. Wacław Siedzik, podobnie jak wielu polskich leśników uznanych przez władze komunistyczne za osoby szczególnie związane z państwem polskim - a co za tym idzie - niebezpieczne, padł ofiarą represji - został w 1940 r. aresztowany przez NKWD i wywieziony do kopalni złota na Syberii. Po wybuchu w czerwcu 1941 r. wojny pomiędzy dotychczasowymi sojusznikami - Związkiem Sowieckim i hitlerowską III Rzeszą, został podobnie jak dziesiątki tysięcy Polaków zwolniony z obozu na mocy umowy Sikorski - Majski. Wyszedł z armią gen. Andersa ze Związku Sowieckiego i wraz z nią znalazł się na terenie Iranu. Tam, w Teheranie, sprawował funkcję komendanta obozu dla polskich uchodśców cywilnych. Trudy pobytu w sowieckim obozie tak dalece wyczerpały jego organizm, że zmarł niedoczekawszy końca wojny.

Po aresztowaniu Wacława Siedzika przez NKWD, jego rodzina została usunięta przez władze sowieckie z leśniczówki w Olchówce. Musiała zamieszkać w niedalekiej Narewce, tutaj też zastał ją wybuch wojny niemiecko - sowieckiej. Prawdopodobnie już wtedy matka "Inki", Eugenia Siedzik, miała kontakty z polską konspiracją niepodległościową. W lipcu 1941 r. Narewka znalazła się pod okupacją niemiecką. Eugenia Siedzik kontynuowała działalność niepodległościową i kontakty z podziemiem. Jesienią 1942 r. została aresztowana przez Niemców i 25 XI tegoż roku osadzona jako więzień polityczny w więzieniu w Białymstoku (figuruje pod poz. 843 na wykradzionej przez wywiadowczynię AK liście Gestapogefangengen - więśniów Gestapo przetrzymywanych w tej złowrogiej placówce, z numerami akt sprawy 5321/42 i 48/42). Przeszła przez długotrwałe, okrutne, połączone z torturami śledztwo. Z przekazywanych przez nią z więzienia grypsów wynikało, iż udało się jej zidentyfikować osoby, które spowodowały jej aresztowanie. Należały one do kolaborującego z Niemcami komitetu białoruskiego z Narewki. W połowie 1943 r. Eugenia Siedzik została rozstrzelana przez Niemców. Trzy córki małżeństwa Siedzików zostały zupełnie same... Opiekowała się nimi teraz babcia, matka ich ojca. Dwie starsze, Wiesława i Danuta, pomimo bardzo młodego wieku, zostały zaprzysiężone jako żołnierze Armii Krajowej. Danuta, wstępując w szeregi podziemnego wojska w grudniu 1943 r., przyjęła pseudonim "Inka". Stała się żołnierzem Armii Krajowej ośrodka Hajnówka - Białowieża. Praca konspiracyjna w tym ośrodku prowadzona była w bardzo trudnych warunkach. Śmiertelne zagrożenie stanowili tu nie tylko Niemcy, ale też i współpracujący z nimi "aktywiści" białoruscy (którzy zadenuncjowali Gestapo wielu polskich niepodległościowców) oraz uczestnicy komunistycznych "jaczejek", związanych z wrogą wobec Polski i Polaków partyzantką sowiecką. Można dodać, że rekrutowała się ona w znacznej części z oddziałów przysłanych przez dowództwo sowieckie ze wschodu, z głębi Białorusi - oraz z elementu sowieckiego, który nie zdążył uciec w czerwcu 1941 r. (tzw. "wostocznicy" i "okrążeńcy"). Udział ludności miejscowej był w szeregach bolszewickich stosunkowo nieznaczny. Danuta Siedzikówna początkowo pełniła funkcję łączniczki na terenie swego macierzystego ośrodka. Przeszła przez ogólne przeszkolenie wojskowe, a także ukończyła kursy sanitarne. W lipcu 1944 r. teren powiatu Bielsk Podlaski został zajęty przez nadciągającą ze wschodu Armię Sowiecką. Zmobilizowane do akcji "Burza" oddziały AK atakujące wycofujących się Niemców i wspierające wojska rosyjskie, były po ujawnieniu się wobec władz sowieckich rozbrajane, a ich żołnierze wywożeni do obozów w głębi ZSRR. Jednostki NKWD, które pojawiły się zaraz za przesuwającą się linią frontu, przystąpiły do aresztowania wszystkich osób, podejrzanych o zaangażowanie w struktury Polskiego Państwa Podziemnego i w ogóle o jakąkolwiek aktywność na rzecz niepodległego Państwa Polskiego. Oddziały AK sformowane w obwodzie Bielsk Podlaski, skoncentrowane w kilku punktach powiatu - pod Brańskiem, Bielskiem Podlaskim i w Boćkach - zostały rozbrojone przez Rosjan. Kadra dowódcza, zaproszona na odprawę w Brańsku - została aresztowana (na szczęście znaczna cześć szeregowych żołnierzy, korzystając z zamieszania, zdołała rozejść się do domów). Rozpoczęły się rządy marionetkowych "polskich" władz komunistycznych, będących w istocie jedynie narzędziem realizacji sowieckich celów politycznych. Stan ten można porównywać do faktycznej nowej okupacji. Danuta Siedzikówna "Inka" do połowy 1945 r. mieszkała w Narewce i pracowała jako urzędniczka w tamtejszym nadleśnictwie.

Początek partyzanckiej działalności "Inki" - białowieski oddział "Konusa"

Żołnierze AK i NSZ, ludzie którzy przez kilka lat z narażeniem życia nie tylko swego, ale i swoich rodzin, pracowali dla Polski, musieli teraz, zagrożeni przez NKWD i UB, ukrywać się jak przestępcy. Aresztowania prowadzone przez NKWD, UBP i KBW spowodowały, że wiosną 1945 r. liczni "spaleni" żołnierze akowskiej sieci terenowej musieli szukać schronienia w Puszczy Białowieskiej. Prócz nich kryli się w tamtejszych lasach dezerterzy z LWP. Ponieważ nie można było pozostawić tych ludzi "luzem" bez kontroli dowództwa, sformowano z nich oddział partyzancki, nad którym dowództwo objął ppor. Stanisław Wołonciej "Konus", pracownik służby leśnej ze Świnorojów. Już wcześniej przygotowywał on od strony wywiadowczej niektóre akcje 5 Brygady przeprowadzane na tym terenie. Aczkolwiek grupa powstała w wyniku "ciśnienia oddolnego" organizacji, od początku podlegała dowództwu podziemia poakowskiego i należała do Obwodu Bielsk Podlaski AK-AKO. Oznaczona została kryptonimem "Wulkan", jednak potocznie zwano ją "grupą białowieską". Jej zaplecze stanowiły placówki terenowe AKO w Hajnówce, Świnorojach i Narewce. Początkowo oddział "Konusa" liczył około 20 ludzi. W szczytowym momencie rozwoju, w czerwcu 1945 r. jednostka ta osiągnęła stan około 40 - 50 partyzantów. Zastępcą ppor. "Konusa" został partyzant nazwiskiem Szumlewicz (?) "Leszek" (akowiec z Wileńszczyzny, ponoć w stopniu chorążego). Drużynami dowodzili wspomniany "Leszek" i plut. Stanisław Aleksandrowicz "Brońpolski" (z Czeremchy). Do kadry oddziału należeli też kpr. NN "Orkan" - "Dziadśka", kpr. NN "Śniady" i st. strzel. NN "Fryc" (wszyscy zza "linii Curzona"). Oddział był dość słabo uzbrojony. Dysponowano jednym ręcznym karabinem maszynowym, kilkoma sowieckimi automatami PPSz, większość żołnierzy posiadała rosyjskie lub niemieckie karabiny, część także broń krótką. Używano polskich mundurów wojskowych i ubiorów milicyjnych, a także ubrań cywilnych. Oddział "Konusa" miał charakter grupy leśnej. Na co dzień obozował w leśnych obozowiskach w północnej i północno-zachodniej części Puszczy Białowieskiej, w rejonie Świnorojów, Narewki i Narwi. Stanowił miejsce schronienia dla "spalonych" żołnierzy AKO i dezerterów z wojska (ludowego) oraz MO. Jego działalność ograniczała się do akcji z zakresu samoobrony (m.in. rozbrojono kilka posterunków milicji i zlikwidowano kilku informatorów UBP, MO i NKWD). Pomimo ograniczonego zakresu budziła zaniepokojenie władz bezpieczeństwa. Dowódca 11 pułku KBW tak oceniał w początku czerwca sytuację w rejonie Puszczy Białowieskiej: "[...] bandyci prawie codziennie przychodzą z lasu Puszczy Białowieskiej. Urzędowanie gminy, milicji obywatelskiej i spółdzielni są przerwane [...]."

20 IV 1945 r. oddział "Konusa" dokonał wypadu na Hajnówkę, przy czym rozbrojono i uprowadzono załogę posterunku MO. 25 V 1945 r. oddział ppor. "Konusa" rozbroił 8-osobowy posterunek MO w Białowieży, przy czym przerwano łączność z miasteczkiem, zniszczono całą urzędową dokumentację i zlikwidowano jednego funkcjonariusza. Nocą 4/5 VI 1945 r. wykonano akcję na osadę i stację kolejową Narewka, gdzie rozbrojono straż kolejową i milicję. Kolejną akcję na to miasteczko oddział "Konusa" przeprowadził nocą 18/19 VI 1945 r. Znów rozbito posterunek MO, rozbrajając go bez walki i zniszczono akta w urzędzie gminnym. W dniu 6 VI 1945 r. funkcjonariusze UB (i NKWD?) przeprowadzili aresztowania Polaków w Narewce. Aresztowano większość pracowników nadleśnictwa - pod zarzutem "współpracy z bandami leśnymi". Wśród aresztowanych znalazła się także Danuta Siedzikówna. Jedne źródła podają, że miano ich przewieźć do WUBP w Białymstoku, inne, że zamierzano przekazać na punkcie granicznym w ręce NKWD. Jedno jest pewne - gdy konwój więźniów opuścił miasteczko, został zaatakowany przez drużynę partyzancką z oddziału "Konusa". Akcja powiodła się w pełni, więśniowie zostali odbici. Część z nich, ścigana przez bezpiekę i nie mająca się gdzie podziać, wstąpiła do partyzantki. W tej grupie znalazła się także Danuta Siedzikówna "Inka". Mając stosowne przeszkolenie, pełniła w oddziale funkcję sanitariuszki. Po tygodniach pomyślnych działań i udanych akcji przeciw komunistycznemu aparatowi przemocy i jego agenturze, partyzanckie szczęście opuściło jednak w końcu grupę, w której znalazła się sanitariuszka "Inka". Nocą 22 VI 1945 r. część oddziału w sile około 20 ludzi, pod osobistym dowództwem ppor. "Konusa", opanowała miasteczko Narew. Zniszczono akta w urzędzie gminnym i rozbrojono posterunek MO. Milicjanci uciekli bez walki, pozostawiając komendanta posterunku, który wpadł w ręce partyzantów - został on jednak puszczony wolno. Ze spółdzielni zabrano znaczne ilości potrzebnych partyzantom produktów żywnościowych. Następnie oddział ruszył na kilku podwodach w kierunku południowo - wschodnim, ku Puszczy Białowieskiej. Wbrew podstawowym partyzanckim zasadom podkomendni "Konusa" nie skryli się przed świtem w masywie leśnym Puszczy. W biały dzień wolno przesuwali się drogą wiodącą od Narwi przez Krzywiec i Podborowiska, wzdłuż klina bezleśnej polany stanowiącej otwartą enklawę w północno - zachodnim skraju Puszczy. Tymczasem przeciwko nim od strony stacji kolejowej Gnilec ruszyła grupa operacyjna składająca się z 5 roty 267 strzeleckiego pułku Wojsk Wewnętrznych NKWD pod dowództwem st. lejt. Filipowa, korzystająca z danych agenturalnych dostarczonych przez sowietnika (doradcę) PUBP w Bielsku Podlaskim. 23 VI 1945 r. około godz. 1300 sowieci zajmujący dogodne pozycje koło Podborowisk i na skraju lasu przed wsią, zlokalizowali zbliżający się oddział "Konusa". Zaatakowani przez NKWD partyzanci stawili opór, lecz nie mieli szans w tej walce. Rosjanie mieli znaczną przewagę liczebną (72 dobrze wyszkolonych żołnierzy) i świetną pozycję ataku. W ciągu półgodzinnego starcia oddział "Konusa" został rozbity. Na polu walki i na szlaku odwrotu, wiodącym pod ogniem sowieckich karabinów maszynowych pozostało 11 poległych (wśród zabitych był też mieszkaniec wioski, białoruski chłopiec pasący krowy, który wydał się bolszewikom podejrzany, gdyż na głowie miał wojskową furażerkę) zaś 3 dostało się do niewoli. W gronie zabitych partyzantów znaleśli się też ppor. "Konus" i chor. "Leszek". Warto może wspomnieć jeszcze, że ppor. Wołonciej został ekshumowany przez rodzinę i pochowany na cmentarzu koło Świnorojów, zaś prochy pozostałych towarzyszy broni "Inki" spoczywają tam, gdzie partyzantów zakopano - w przypadkowych miejscach na polach i ugorach Podborowisk.

Pod rozkazami majora "Łupaszki" - w szeregach 5 Brygady Wileńskiej AK

Garstka rozbitków ocalałych z "kotła" sowieckiej obławy dołączyła do tej części oddziału "Konusa", która nie uczestniczyła w wypadzie na Narew i w niefortunnej walce na polach Podborowisk (Danuta Siedzikówna znajdowała się właśnie w tej drugiej, mającej więcej szczęścia grupie podkomednych ppor. Wołoncieja). Nad połączonym ponownie oddziałem, liczącym około 25-30 żołnierzy, komendę objął plut. Stanisław Aleksandrowicz noszący charakterystyczny pseudonim "Brońpolski". Dowódca ośrodka Hajnówka - Białowieża, plut. Tadeusz Siedlecki "Ryś", uznał, iż pozbawiony dowódcy i mocno osłabiony oddział, nie będzie w stanie samodzielnie wykonywać powierzonych zadań. Wydał więc grupie "Brońpolskiego" rozkaz dołączenia do 5 Brygady Wileńskiej. Z Puszczy Białowieskiej doprowadził ją na koncentrację w Sypniach kurier majora "Łupaszki" - wachm. Wacław Beynar "Orszak". Plut. "Ryś" udał się wraz z oddziałem i osobiście przekazał go w dniu 1 VII 1945 r. majorowi "Łupaszce".

Dowódca 5 Brygady Wileńskiej, nie mając pewności czy jego nowi białowiescy podkomendni sprostają wysokim wymaganiom jakie stawiał swym żołnierzom, zamierzał początkowo rozrzucić ich pojedynczo po szwadronach. Jednak na ich gorącą prośbę zdecydował się na podzielenie ich na dwie grupy i włączenie w zwartych pododdziałach - drużynach - do 1 i 4 szwadronu. Część z nich, wraz z plut. "Brońpolskim", została wcielona do cieszącego się największą bojową sławą 1 szwadronu por. "Zygmunta" i przeszła wraz z nim dalszy chlubny szlak bojowy, uczestnicząc latem 1945 r. w bojach pod Sikorami, Zalesiem i w Miodusach Pokrzywnych. Okazali się bardzo dobrymi, zdyscyplinowanymi i bojowymi żołnierzami.

Danutę Siedzikównę "Inkę" przydzielono do 4 szwadronu, dowodzonego przez por. Mariana Plucińskiego "Mścisława", doświadczonego żołnierza jeszcze z partyzantki przeciw Niemcom na Wileńszczyśnie.

(''Inka'' ( leży pierwsza z lewej) z grupą żołnierzy 4 szwadronu 5 Brygady Wileńskiej AK, Białostoczczyzna 1945 r.)

Ponieważ jednostka ta często stanowiła osobistą ochronę majora "Łupaszki", siłą rzeczy miała mniej okazji do podejmowania akcji przeciw komunistycznym siłom bezpieczeństwa. Niemniej i 4 szwadron latem 1945 r. odnotował na swym koncie kilka starć z bolszewikami. Zapewne uczestniczyła w nich także sanitariuszka "Inka", niosąc pomoc medyczną swym kolegom. Między innymi należy wymienić tu zwycięskie starcie z oddziałem sowieckim na skraju lasów rudzkich.

W miarę upływu czasu sytuacja militarna i polityczna polskiego podziemia niepodległościowego, pomimo odnoszonych taktycznych sukcesów i szerokiego zakresu ruchu zbrojnego, stawała się coraz bardziej niekorzystna. Stało się w pełni widoczne, że bezduszna, cyniczna postawa dotychczasowych sojuszników Polski oddawała nasz kraj w ręce Stalina. Rząd na emigracji i przywódcy poakowskiego podziemia w kraju skłaniali się ku poglądowi, że dalsza walka zbrojna przysparzać będzie jedynie kolejnych ofiar. Zapadły decyzje o zmianie form działalności. Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj (DSZ), odpowiednik rozwiązanej Komendy Głównej AK, wydała rozkaz do akcji "rozładowania lasów" i zakończenia wojskowych form działalności. Z początkiem sierpnia 1945 r. DSZ ogłosiła samorozwiązanie (miesiąc wcześniej komunikat o rozwiązaniu się opublikowała cywilna władza Polski Podziemnej - Delegatura Rządu na Kraj). W zaistniałej sytuacji komendanci poakowskich okręgów uznających zwierzchność DSZ podejmowali decyzje zmierzające do ograniczenia wojskowych form działań, a zwłaszcza do rozwiązania istniejących jeszcze oddziałów partyzanckich. Decyzje takie podjęte zostały także w Białostockim Okręgu AK-AKO. We wrześniu 1945 r., na kolejnej koncentracji w gajówce Stoczek koło Poświętnego (pow. Wysokie Mazowieckie), mjr "Łupaszka" poinformował podkomendnych o poleceniu Komendy Okręgu, nakazującym demobilizację 5 Brygady Wileńskiej. Proces rozformowywania jej pododdziałów, odbywający się w trudnych warunkach, ciągnął się przez kilka tygodni. Rozformowywanie szwadronu por. "Mścisława" zakończyło się dopiero w październiku 1945 r., gdyż dowódca ten nie chciał wypuszczać ludzi "z lasu" bez zapewnienia im fałszywych dokumentów, cywilnych ubrań, zapomogi pieniężnej na pierwsze dni cywilnego życia czy też konspiracyjnych kwater - tzw. "melin". Por. "Mścisław" został w 1946 r. aresztowany przez UB i po śledztwie, w którym zachował bardzo dzielną postawę, skazany na karę śmierci i zamordowany przez komunistów. Wśród zdemobilizowanych żołnierzy 4 szwadronu 5 Brygady znalazła się i Danuta Siedzikówna "Inka". Wyjechała do Olsztyna, gdzie stary znajomy jej rodziny, Stefan Obuchowicz, wystarał się o dokumenty dla dziewczyny - na nazwisko Danuty Obuchowicz. Załatwił jej także pracę urzędniczki w leśnictwie Miłomłyn (pow. Ostróda).

Znowu z "Łupaszką" - na partyzanckich szlakach Pomorza

Major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" po rozwiązaniu dowodzonej przez siebie brygady partyzanckiej wyjechał na Pomorze Gdańskie, gdzie nawiązał kontakt z Komendą eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK i podporządkował się jej. Ukrywając się przed UB i NKWD przetrwał trudne miesiące zimy z 1945 na 1946 rok i z wiosną, w kwietniu 1946 r., zrealizował zamiar ponownego wyjścia w pole. Tym razem terenem prowadzonych przez niego operacji partyzanckich stało się Pomorze i Mazury. Oddział, który sformował w Borach Tucholskich na Pomorzu, nosił nazwę odtworzonej po raz kolejny 5 Brygady Wileńskiej. Był jednak już znacznie mniej liczny niż w latach 1943-1944 na Wileńszczyśnie, czy w 1945 r. na Białostocczyśnie. Jego stan osobowy nie przekraczał 70 partyzantów. Był to jednak w większości zespół wyborowych żołnierzy, o wysokich walorach ideowych i bojowych. Było wśród nich wielu harcerzy (niektórzy zaznaczali ten fakt, przypinając do mundurów krzyże harcerskie). Ponad 30% pomorskich podkomendnych "Łupaszki" było absolwentami lub uczniami szkół średnich, co nie pozostawało bez wpływu na ogólny moralny poziom oddziału. Znaczna część partyzantów "Łupaszki" z pomorskiego okresu działalności służyła już wcześniej w partyzantce, niekiedy nawet od 1943 roku. Byli to więc ludzie dobrze wyszkoleni i mający doświadczenie potrzebne do wytrwania w partyzantce. Podczas działań bojowych zawsze występowali w mundurach Wojska Polskiego. Część żołnierzy używała w tym czasie charakterystycznych angielskich bluz wojskowych i beretów. Stałym elementem wyposażenia wielu partyzantów były noszone z lewej strony kurtek ryngrafy z Matką Boską Ostrobramską. Warto zaznaczyć, że nawet dokumenty służb komunistycznych podkreślały wybitnie ideowy - "polityczny" charakter oddziałów dowodzonych przez majora "Łupaszkę", a także ich poprawny stosunek do ludności cywilnej i z reguły rycerskie postępowanie wobec przeciwników podczas wykonywanych akcji bojowych. Specyfiką pomorsko - mazurskiego okresu działalności partyzantki majora "Łupaszki" było funkcjonowanie w niemal całkowitej "próżni" organizacyjnej, bez wsparcia konspiracyjnej sieci terenowej. Po Pomorskim Okręgu AK, który nigdy - ze względu na skrajnie trudne warunki działania na obszarze włączonym do Rzeszy - nie był jednostką silną i już w czasie okupacji hitlerowskiej został mocno "nadszarpnięty" przez Niemców - w roku 1946 prawie nic nie pozostało. Teren Mazur (dawnych Prus Wschodnich) - pozostawał w ogóle poza ogólną strukturą AK. Niewielkie oddziałki 5 Brygady, operujące na rozległych przestrzeniach, zdane były pod każdym względem na własne siły. Można było jedynie liczyć na niewielkie skupiska repatriantów z Kresów Wschodnich, z reguły życzliwie nastawionych do niepodległościowej partyzantki. Jeden z takich punktów, skupiających żołnierzy oddziału AK z powiatu wołkowyskiego (występującego pod nazwą Bojowy Oddział Armii - BOA) zlokalizowany był w miasteczku Bobolice w woj. zachodniopomorskim. Te słabe punkty oparcia nie były jednak w stanie zapewnić stałej opieki partyzantom "Łupaszki". Pozyskiwano wprawdzie także życzliwość miejscowej ludności, co odnotowywały nawet raporty UB, jednak pomocy uzyskiwanej za jej pośrednictwem nie da się porównać z opieką zapewnianą przez siatkę terenową na Wileńszczyśnie czy Białostocczyśnie.

Szwadrony 5 Brygady Wileńskiej wykazywały w 1946 r. ogromną dynamikę i ruchliwość, przemieszczając się po rozległych obszarach północnej Polski. Nie posiadając stałych baz i stałego terenu działania, działały jako grupy lotne, tworząc oryginalną taktykę, polegającą na błyskawicznym przerzucaniu się pomiędzy odległymi punktami. Stale zmieniały miejsca pobytu, bardzo często wykorzystując w tym celu jako środek transportu zdobyczne samochody. Okresowo zapadały w leśnych kryjówkach lub na punktach w zaprzyjaśnionych gajówkach i u wspierających partyzantkę gospodarzy. Pokonywały nawet odległości wynoszące po kilkaset kilometrów. Podległe sobie siły operujące w 1946 r. na Pomorzu major "Łupaszka" podzielił na trzy pododdziały, nadal zwane szwadronami, choć ich faktyczne stany osobowe nie odpowiadały temu określeniu. Do tego dochodził samodzielny patrol wykonujący zlecane zadania dywersyjne i zaopatrzeniowe. Obsada dowódcza wspomnianych jednostek przedstawiała się następująco:

* 3 szwadron - ppor. Leon Smoleński "Zeus".
* 4 szwadron - ppor. Henryk Wieliczko "Lufa".
* 5 szwadron - ppor. Zdzisław Badocha "Żelazny".
* Samodzielny patrol dywersyjny - por. Henryk Selmanowicz "Zagończyk".

Wznawiając działalność partyzancką na terenach północnej Polski, major "Łupaszka" starał się ściągnąć swych podkomendnych z białostockiego okresu walki. Zapewne któryś z jego wysłanników nawiązał kontakt także i z przebywającą w Miłomłynie Danutą Siedzikówną "Inką".

Wiosną 1946 r. dziewczyna opuściła to miasteczko i dołączyła do zawiązku odtworzonej w Borach Tucholskich 5 Brygady Wileńskiej AK. Dostała przydział do szwadronu ppor. Zdzisława Badochy "Żelaznego", w którym pełniła funkcję sanitariuszki.

(''Inka'' ( leży pierwsza z prawej) z grupą żołnierzy 5 szwadronu 5 Brygady Wileńskiej AK, Bory Tucholskie 1946 r.)

Wspomniana już specyfika działalności wileńskich partyzantów na Pomorzu sprawiała jednak, że musiała także wykonywać zadania łączniczki i kurierki, wyjeżdżając na odległe punkty kontaktowe. Na co dzień chodziła w mundurze Wojska Polskiego. Nie używała i nie posiadała broni, poza niewielkim pistolecikiem Mauzer kalibru 6,35 mm, w zasadzie nie mającym użyteczności bojowej. Nigdy go jednak nie używała i nawet podczas walk i potyczek do nikogo z niego nie strzelała. W tym okresie była już "starym" żołnierzem i cieszyła się zaufaniem dowódców, a także uznaniem i przyjaźnią kolegów z oddziału. Z jednym spośród nich, kapralem Henrykiem Wojczyńskim "Mercedesem", służącym w 4 szwadronie ppor. "Lufy", łączyła ją nić szczególnie bliskiej sympatii. Tak wspomina "Inkę" sierż. Olgierd Christa "Leszek", jeden z jej ówczesnych przełożonych: "Była bardzo lubiana za swoją skromność, a jednocześnie hart i pogodę ducha. Znosiła trudy z równą chłopcom, a niekiedy bardziej zadziwiającą wytrzymałością, szczególnie psychiczną. Raz tylko prosiła w czasie powrotu znad Wisły, by ktoś przejął jedną z jej ciężkich toreb. Maszerowaliśmy prawie półbiegiem ze względu na odległe miejsce postoju, a ją właśnie gnębił brak formy".

Dowodzony przez ppor. "Żelaznego" szwadron, liczący dwudziestu kilku żołnierzy, okazał się najbardziej bojowym pododdziałem odtworzonej na Pomorzu 5 Brygady Wileńskiej AK. Stało się tak zapewne za sprawą jego dowódcy, człowieka młodego, lecz posiadającego przymioty niezbędne dla partyzanckiego oficera. Prócz wybitnie ideowej postawy i doświadczenia bojowego należy wymienić tu samodzielność i zdolność do błyskawicznego podejmowania decyzji, a także ogromną wolę i wiarę w sens prowadzonej walki. Szwadron ppor. "Żelaznego" rozbrajał posterunki MO i placówki UB, likwidował agentów bezpieki, zatrzymywał i kontrolował pociągi, odpierał obławy i ataki grup operacyjnych UB, MO i KBW. Jedną z najbardziej spektakularnych operacji, jaką wykonał, było rozbrojenie w ciągu jednej nocy - 19 V 1946 r. - siedmiu posterunków MO w powiatach Starogard i Kościerzyna. W jednym z opanowanych wówczas miasteczek, Starej Kiszewie, zlikwidowano także placówkę UB, zabijając 5 pracowników "bezpieki", w tym sowietnika (doradcę NKWD) z PUBP w Kościerzynie. Trzy dni póśniej rozbito placówkę UB w Bobolicach pow. Koszalin, a także posterunki MO w Bobolicach i Piotrkówku oraz Przechylewie (pow. Człuchów).

25 V 1946 r. szwadron "Żelaznego" odparł atak komunistycznej grupy operacyjnej koło wsi Podjazdy pow. Kartuzy. Partyzanci nie ponieśli strat, jednak "Inka" miała trochę roboty - obejrzała rany milicjantów, którzy poddali się, udzieliła im pomocy i zostawiła opatrunki (fakt ten potwierdzają zeznania funkcjonariuszy).
Kolejny atak odparto 10 VI 1946 r. w miejscowości Tulice, pow. Sztum. Grupa operacyjna poniosła dotkliwą porażkę i uciekła w nieładzie, porzucając kilku zabitych i rannych. Część funkcjonariuszy podniosła ręce do góry i poddała się. Partyzanci rozpoznali wśród nich dwóch funkcjonariuszy UB z "powiatówki" w Sztumie. Przynależność do tej zbrodniczej formacji przypłacili życiem (tak jak SS-mani i żandarmi, którzy wpadli w ręce partyzantów w latach walki z okupantem niemieckim). Tym razem sukces partyzantów został jednak okupiony poważną stratą - ranny został dowódca szwadronu, ppor. Zdzisław Badocha "Żelazny". "Inka", choć zajęta opatrywaniem jego rany, zdążyła jeszcze udzielić pomocy kilku rannym milicjantom - pozostawiając im środki opatrunkowe. Za ten samarytański czyn odpłacili się jej już wkrótce w sposób godny komunistów, bezpośrednio przyczyniając się swymi kłamliwymi zeznaniami do jej śmierci.

Kres żołnierskiej drogi sanitariuszki "Inki"

Ranny ppor. "Żelazny", pozostawiony na konspiracyjnej "melinie" w majątku w Czerninie, poległ 26 VI 1946 r. w walce z bronią w ręku, osaczony przez komunistyczną grupę operacyjną. Sierż. "Leszek", okresowo dowodzący szwadronem, który "odskoczył" w Bory Tucholskie, nie wiedząc o tym tragicznym zdarzeniu, wysłał "Inkę" w dniu 13 VII 1946 r. do Gdańska, z zadaniem nawiązania kontaktu z rannym dowódcą i ewentualnego przyprowadzenia go do oddziału, a także zakupu niezbędnych partyzantom lekarstw i środków medycznych. Sierż. "Leszek" tak zapamiętał odejście "Inki" z oddziału: "W pożyczonej od gospodyni sukience wyglądała bardziej dziewczęco niż zazwyczaj. Na co dzień chodziła, jak wszystkie "siostry", w spodniach i długich butach, nigdy w spódnicy jak twierdzą w zeznaniach procesowych świadkowie milicjanci". Niestety, wspomniany podoficer nie tylko, że nie wiedział, że zadanie jakim obarcza dziewczynę jest już nieaktualne, ale nie miał też świadomości, że w szeregi partyzanckie zakradła się w tym czasie zdrada i jedna z łączniczek cieszących się zaufaniem dowództwa - Regina Żylińska-Mordas pseud. "Regina", podjęła współpracę z UB i "zasypała" szereg punktów kontaktowych 5 Brygady Wileńskiej.

Gdy "Inka" nocą 19/20 VII 1946 r. zjawiła się w mieszkaniu sióstr Mikołajewskich przy ul. Wróblewskiego we Wrzeszczu, stanowiącym jeden z takich punktów, prawdopodobnie była już śledzona przez UB. Następnego dnia rankiem do mieszkania wpadli funkcjonariusze UB i aresztowali osoby przebywające w nim. Danuta Siedzikówna "Inka" przeszła przez ciężkie śledztwo prowadzone w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Gdańsku. Krzysztof Wójcik w artykule poświęconym "Ince" pisze: "Dokładnie nie wiadomo, jak dziewczyna była traktowana podczas śledztwa. Do dziś zachowały się tylko relacje pośrednie. Strażniczka o imieniu Sabina mówiła, że "Inka" była bita i poniżana podczas śledztwa [...]. Potem miał się odbyć pokazowy proces. Jeszcze przed wydaniem wyroku wiedzieliśmy, że będzie rozstrzelana - mówi były pracownik więzienia przy Kurkowej. - Władza ludowa nie miała pobłażania dla bandytów od "Łupaszki". Ujęta wraz z Siedzikówną mieszkanka domu przy ul. Wróblewskiego we Wrzeszczu - Helena Mikołajewska, widziała ją w tydzień po aresztowaniu. "Inka" wyglądając przez zakratowane okno położyła palec na ustach - dawała w ten sposób znak, że nic nie powiedziała. Tak też było w istocie. Można się jedynie domyślać, przez jakie piekło przeszła ta niepełnoletnia jeszcze dziewczyna. Nikogo nie wydała, nie wskazała żadnych osób i adresów nieznanych UB. Przesłuchiwali ją m.in. Bronisław Żukowicz (Łukowicz?), Andrzej Stawicki i Stanisław Wiśniewski. Śledczy nie zdołali zmusić ją nawet do dokładnego wskazania, w jakim miejscu miała umówione spotkanie ze swym szwadronem. Ponieważ UB wiedziało, że kontakt nastąpi na jednej ze stacyjek kolejowych w Borach Tucholskich - obstawiło na ślepo szereg spośród nich. Nawiasem mówiąc, spotkanie z partyzantami żołnierzy KBW obstawiających właściwą stację - Lipowa - zakończyło się dla "czerwonych" fatalnie, grupa operacyjna została po prostu rozbita.

31 VII 1946 r., w dniu najdłuższego przesłuchania "Inki", prokurator podpisał skierowanie jej sprawy do Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku, gdzie została rozpatrzona w trybie doraśnym. Akt oskarżenia podpisał oficer śledczy UB z Gdańska, wspomniany już Andrzej Stawicki. Rozprawa odbyła się 3 VIII 1946 r. w gdańskim więzieniu przy ul. Nowe Ogrody. Najważniejszymi zarzutami postawionymi "Ince" były: udział w akcji w Starej Kiszewie oraz walkach koło Podjazdów i w Tulicach. W tym ostatnim przypadku zarzucano jej wydanie rozkazu rozstrzelania dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy UB. Jest to kompletny absurd, gdyż sanitariuszka po prostu nie mogła wydać takiego polecenia żołnierzom; nawiasem mówiąc zajęta była udzielaniem w tym czasie pomocy rannym. Niestety, obciążyli ją fałszywymi zeznaniami milicjanci i ubecy, ludzie, którym partyzanci darowali życie. Niezgodne z prawdą zeznania złożyli: pracownik UB ze Sztumu Eugeniusz Adamski i milicjant Franciszek Babicki. Z kolei Longin Ratajczyk, milicjant uczestniczący w potyczce koło wsi Podjazdy, twierdził, że "Inka" strzelała do niego z pistoletu, co również było kłamstwem. Można jedynie domyślać się, że milicjanci kłamali na polecenie UB (choć niektórzy z nich przemycili w swych wypowiedziach informację o udzielonej im przez dziewczynę pomocy medycznej). Tylko funkcjonariusz MO Mieczysław Mazur, ranny pod Tulicami, zachował się na rozprawie przyzwoicie, zeznając iż sanitariuszka "Inka" dała mu opatrunek i nie potwierdzając "rewelacji" swych kolegów. Sąd skazał jednak dziewczynę na karę śmierci. Sędziowie wydający ów wyrok, mieli pełną świadomość, że orzekają taką karę wobec osoby niepełnoletniej, bowiem okoliczność iż "Inka" nie miała jeszcze skończonych 18 lat, odnotowana została w uzasadnieniu wyroku.

Przypomnijmy nazwiska "morderców w togach": rozprawie przewodniczył major Adam Gajewski, przedwojenny prawnik - absolwent KUL, będący przykładem, jak nisko może stoczyć się oportunista, osiągając poziom narodowej zdrady. Za stołem sędziowskim towarzyszyli mu kpr. Wacław Machola i kpt. Kazimierz Nizio - Narski. Drugi spośród wymienionych jest kolejnym przykładem dyspozycyjnego oportunisty, gotowemu dla doraśnych korzyści służyć każdemu panu - w kilka lat póśniej sam stanął przed sądem, gdyż wydało się, że był kolaborantem niemieckim - funkcjonariuszem Kriminalpolizei. Prokurator Wacław Krzyżanowski żądając bezprawnie najwyższego wymiaru kary dla Danuty Siedzikówny, musiał mieć świadomość, iż doprowadzi do śmierci osoby niepełnoletniej.

Danuta Siedzikówna nie podpisała prośby o łaskę do Bolesława Bieruta. Uczynił to z urzędu jej obrońca wojskowy podkreślając, iż "Inka" jest sierotą, matka zginęła z rąk Niemców, zaś ojciec zaginął wywieziony na wschód. Skład sędziowski zaopiniował prośbę negatywnie. Nie miała ona i tak żadnego znaczenia, nikt nie zmierzał traktować jej poważnie - wyrok bowiem wykonano, nim do Gdańska dotarła odmowna odpowiedś Bieruta. Okoliczność, że w dniu wydania wyroku śmierci, jak i w dniu jego wykonania "Inka" nie miała skończonych 18 lat w ogóle nie została wzięta pod uwagę. To szczególne okrucieństwo i bezwzględność komunistycznego "wymiaru sprawiedliwości", nie liczącego się nawet z formalnymi wymogami prawa, mogło wynikać z dwóch powodów. Z jednej strony chodziło o zastraszenie ludzi zaanga- żowanych w pomoc dla niepodległościowego podziemia, z drugiej zaś strony mogło zdarzyć się podczas śledztwa, iż Siedzikówna zorientowała się, kto w szeregach żołnierzy "Łupaszki" jest zdrajcą. Może i jej także czyniono propozycje współpracy, podając za przykład wspomnianą zdrajczynię - "Reginę", lub nawet konfrontując z nią? W takim razie prokurator żądając kary śmierci, a skład sędziowski wymierzając ją, wypełniali jedynie polecenia prowadzących "pracę operacyjną" funkcjonariuszy UB. Nic w tym dziwnego, gdyż praktyki takie miały miejsce do końca funkcjonowania rządów komunistycznych w Polsce. Co więcej, nawet niektórzy współcześni sędziowie, wywodzący się z dawnych, komunistycznych jeszcze nominacji, lub będący dziećmi beneficjentów epoki rządów PPR-PZPR, konsekwentnie bronią i ochraniają swych "zawodowych kolegów" - prawników będących dyspozycyjnymi "zbrodniarzami w togach".

Danuta Siedzikówna - sanitariuszka "Inka" została rozstrzelana rankiem 28 VII 1946 r., o godz. 6.15, wraz ze skazanym na śmierć dowódcą pododdziału 5 Brygady Wileńskiej - por. Feliksem Selmanowiczem "Zagończykiem".

(por. Feliks Selmanowicz "Zagończyk", zdjęcie więzienne)

Ostatnie chwile jej życia znamy z relacji księdza Mariana Prusaka, który spowiadał oboje skazańców i był przy nich do końca. Wynika z niej jednoznacznie, iż dwójka skazańców do końca zachowała postawę godną żołnierzy Armii Krajowej. Relację księdza przytacza wspomniany już Krzysztof Wójcik:

"Byłem kapelanem pomocniczym w kościele garnizonowym. [...] Na plebanię przyjechali wojskowi w mundurach. Powiedzieli, że będzie egzekucja i potrzebny jest ksiądz. Akurat tego dnia nie było księdza kapelana Władysława Żebrowskiego i dlatego zwrócili się do mnie. Jako młody kapelan byłem poddenerwowany. Cóż miałem robić? Wojskowi powiedzieli, że przyjadą po mnie nocą. Byli około pierwszej, może drugiej. Wsiedliśmy do samochodu i jechaliśmy do więzienia. Przez całą drogę było milczenie. Póżniej wprowadzili mnie do jakiegoś pomieszczenia i kazali czekać. [...] Najpierw poszedłem do tego pana [chodzi o "Zagończyka" - dop. red.]. [...] Wyspowiadałem go i zaprowadzili mnie do "Inki". [...] Była bardzo spokojna. Wyspowiadała się i prosiła, by pójść do mieszkania we Wrzeszczu i powiedzieć, że ją rozstrzelano. Do siostry, która była w domu dziecka w Sopocie, wysłała już pocztówkę z informacją, że dostała wyrok śmierci. [...] Potem nic nie mówiła. Ja też o nic nie pytałem, bo nie wiedziałem, jak się zachować w takiej sytuacji. Być może, gdybym był lepiej przygotowany ... Dla mnie było to wielkie przeżycie. Póśniej było około godziny oczekiwania. W końcu zaprowadzono mnie do sali egzekucyjnej. [...] Tam była cała gromada UB, jacyś żołnierze, lekarz, prokurator. Chyba z trzydzieści osób. Było ciemno. Oszołomiła mnie ta sytuacja. W końcu wprowadzili skazańców. Prawdopodobnie mieli skute albo związane ręce. Ubecy zachowywali się grubiańsko. Nie chciałbym przytaczać tych wyzwisk, które sypały się na dziewczynę i tego pana [chodzi o por. "Zagończyka"]. Ustawiono ich pod słupkami przy ścianie. Przed rozstrzelaniem dałem im krzyż do pocałowania. Prokurator siedział za małym stolikiem okrytym czerwonym suknem. Odczytał wyrok i powiedział, że nie było uzasadnienia [sic - raczej ułaskawienia]. Potem padła komenda "po zdrajcach narodu polskiego ognia". W tym momencie oni krzyknęli "Niech żyje Polska", tak jakby się umówili. Padła salwa i oboje osunęli się na ziemię. Żołnierze strzelali z trzech, może czterech metrów. Nie mogłem na to patrzeć, ale pamiętam, że oni jeszcze żyli. Podszedł oficer i dobijał strzałami w głowę. Potem podpisywałem protokół z egzekucji i odwieziono mnie na plebanię. Ci sami żołnierze znowu nic nie mówili".

Dodajmy, że plutonem egzekucyjnym dowodził ppor. Franciszek Sawicki. Z obecnych ustaleń wynika, że por. "Zagończyk" miał od razu zginąć od kul plutonu egzekucyjnego, natomiast "Inka" jeszcze żyła. I to ją dobijał strzałami w głowę ppor. Sawicki, tak jak zostało to opisane w relacji księdza Prusaka. Ksiądz spełnił ostatnie życzenie "Inki" i przekazał wiadomość pod wskazany adres.

Miejsce spoczynku sanitariuszki Danuty Siedzikówny "Inki" i por. Feliksa Selmanowicza "Zagończyka" przez lata pozostawało nieznane. Ich zwłoki najprawdopodobniej zakopano na terenie więzienia. Dowódcy bohaterskiej sanitariuszki również zginęli z rąk komunistów. Jedni - tak jak ona - zamordowani "w majestacie prawa" na mocy wyroków "sądów krzywoprzysiężnych". Taki los spotkał majora "Łupaszkę" i porucznika "Mścisława". Inni, tak jak podporucznik "Żelazny", polegli w walce z bronią w ręku. O determinacji w walce prowadzonej przez podkomendnych majora "Łupaszki" i jednocześnie o bezwzględnym stosunku władz komunistycznych do pokonanego przeciwnika wywodzącego się ze środowisk wileńskich, świadczyć może okoliczność, iż spośród grona kadry dowódczej 5 Brygady Wileńskiej (do zastępcy dowódcy szwadronu w dół) przeżyło tylko dwóch oficerów. Także ponad 160 żołnierzy majora "Łupaszki", już po wojnie - oddało życie za niepodległość Polski, wiarę przodków i wolność człowieka. Wśród poległych był też i Henryk Wojczyński "Mercedes", który odniósł śmiertelną ranę w walce z grupą operacyjną UB i MO na szosie Jedwabno-Wielbark. Miejsce jego ostatniego spoczynku, podobnie jak "Inki", pozostaje nieznane ...

W 2001 roku plac w Sopocie, na którym wzniesiono pomnik Żołnierzy AK, został na wniosek niepodległościowych środowisk kombatanckich nazwany imieniem sanitariuszki "Inki".

Nadal jednak łatwiej o symboliczne gesty, niż o rzeczywistą sprawiedliwość. Prokurator Wacław Krzyżanowski, który doprowadził do zbrodni sądowej, jaką było skazanie na śmierć nieletniej dziewczyny, żyje do dzisiaj. W aparacie komunistycznego wojskowego wymiaru sprawiedliwości dosłużył się stopnia pułkownika. Obecnie cieszy się "zasłużoną" emeryturą, na którą przeszedł w 1976 roku. Choć funkcjonariusze, którzy w 1946 r. obciążali "Inkę", w roku 2000 przyznali iż mówili wówczas nieprawdę, gdyż zostali do tego zmuszeni przez UB, próba rozliczenia pułkownika Wacława Krzyżanowskiego zakończyła się niepowodzeniem. Prokurator postawił mu zarzut podżegania do zabójstwa. Jednak w grudniu 2000 r. Wojskowy Sąd Okręgowy w Poznaniu uniewinnił go. Sędziowie dali wiarę oświadczeniu Wacława Krzyżanowskiego, że na rozprawie znalazł się przez przypadek - choć w dniu, w którym sądzono "Inkę", występował jeszcze w dwóch sprawach zakończonych wyrokami śmierci. W efekcie uznali, że w gruncie rzeczy nie wiadomo, czy prokurator wnosił o wymierzoną karę śmierci! Chyba nie zapoznali się z aktami rozpatrywanej sprawy, gdyż w protokole z rozprawy z dnia 3 VIII 1946 r. zanotowano jednoznacznie: "Prokurator wnosi o wyrok śmierci. Obrońca wnosi o łagodny wymiar kary. Osk[arżo]na w ostatnim słowie prosi o wyrok według uznania sądu". Sąd Najwyższy Izba Wojskowa orzekający w drugiej instancji podzielił wątpliwości Wojskowego Sądu Okręgowego co do zasadności zarzutu i w kwietniu 2001 r. oddalił apelację prokuratora od wyroku Sądu pierwszej instancji. Wprawdzie Sąd Najwyższy ustalił wreszcie, że Krzyżanowski wnosił o karę śmierci dla "Inki", ale stwierdził jednocześnie, że nie można uznać go za winnego zbrodni podżegania do zabójstwa. Sędziowie orzekający w imieniu tej Niepodległej, za którą walczyła i zginęła Danuta Siedzikówna "Inka", wytworzyli stan rzeczy, w którym, inni stalinowscy sędziowie i prokuratorzy mogą czuć się znacznie spokojniejsi i liczyć w przyszłości na podobne "wyroki" za swe zbrodnie. Od razu lepiej poczuł się i pułkownik Krzyżanowski. Choć w wywiadzie radiowym udzielonym przed zapadnięciem wyroku uniewinniającego go przedstawiał się jako ofiara ówczesnego systemu, człowiek, który nie wiedział w czym uczestniczy - itd. (jak dalece brnął w kłamstwie świadczy okoliczność, iż - przypomnijmy - doprowadził do trzech "kaesów" orzeczonych tego dnia!), to po ogłoszeniu korzystnego dla niego wyroku, arogancko stwierdził, że dziewczyna sama była sobie winna, bo wpakowała się w sprawy, od których powinna się była trzymać z daleka!

(Na podstawie ,,Danuta Siedzikówna - sanitariuszka ,,Inka'' z 5 Brygady Wileńskiej AK'' Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski)

Zobacz również:

  • wywiad z z-cą naczelnika więzienia w Gdańsku - świadkiem wykonania wyroku na ''Ince'' i ''Zagończyku'' - pobierz/zobacz... ( Acrobat pdf, 0,2 MB)
  • ''Łupaszko'' - mazurskie tropy - czytaj...
  • mjr ''Łupaszko'' i 5. Wileńska Brygada AK - czytaj...
  • Sopocka historia 5. Wileńskiej Brygady - pobierz/zobacz ... ( Acrobat pdf, 0,8 MB)
  • 5. Brygada Wileńska AK na terenie Ostródy - pobierz/zobacz ... ( Acrobat pdf, 0,4 MB)
  • Bohater wyklęty - pobierz/zobacz ... ( Acrobat pdf, 0,2 MB)
  • Ppor. Henryk Wieliczko ''Lufa'' - czytaj...
  • Zdzisław Badocha ,,Żelazny'', Marian Pluciński ,,Mścisław'', Jerzy Lejkowski ,,Szpagat'' - czytaj...

 


< Powrót do strony głównej >


 

a