Defilada Zgrupowania "Bartka" z VII Okręgu NSZ 3 maja 1946 roku w Wiśle

Na dzień 3 maja 1946 roku Henryk Flame "Bartek" 1 zarządził dla wszystkich podległych mu oddziałów wchodzących w skład VII Okręgu NSZ wielką koncentrację w "kwaterze głównej" podległego mu zgrupowania, na Baraniej Górze. Antoni Biegun "Sztubak" relacjonuje:

"Pamiętam, że poranek owego dnia był przepiękny, słoneczny. Biwakowaliśmy od kilku dni w Masywie Baraniej. Z początku nie wiedzieliśmy, jaki jest cel zlotu. Dopiero po porannym apelu 3 maja "Bartek" zarządził natychmiastowy wymarsz wszystkich oddziałów w kierunku Wisły.

- Zamanifestujemy naszą wolę służenia Ojczyźnie w dniu Święta Królowej Polski! - powiedział".

Około godziny 15.00, po uroczystym obiedzie, poszczególne grupy leśne zaczęły schodzić z gór.

"Sztubak" relacjonuje dalej:

"Ruszyły oddziały za oddziałami, partyzanci "odstawieni" jak na paradę: w mundurach, z przypiętymi orzełkami na mieczu, z ryngrafami z Matką Boską. Wszyscy podnieceni, lecz zdyscyplinowani. Mój oddział, liczący sześćdziesięciu-siedemdziesięciu żołnierzy, jako najlepiej uzbrojony (14 karabinów maszynowych) otrzymał polecenie ubezpieczenie pochodu częścią żołnierzy pod moim bezpośrednim dowództwem.

Szliśmy radośni i podnieceni, a na drodze, którą maszerowaliśmy, zaczęły rozgrywać się niezwykłe, wzruszające sceny. Spotykanych po drodze ludzi, kiedy po chwilowym osłupieniu, zorientowali się kogo mają przed sobą, ogarniał szał radości. Kobiety i dziewczęta wybiegały z domów ze smakołykami i kwiatami, często porywając całe doniczki i usiłując je nam wręczyć. Niektóre starsze płakały, gładziły żołnierzy po twarzach i błogosławiły na drogę. Wielu ludzi pytało, podobnie jak niedawno niektórzy spośród nas: "Czy już się zaczęło? Czy idziecie prać komunistów?"

Młodzi chłopcy domagali się, żeby ich zabrać. Twierdzili, że mają broń i zaraz ją przyniosą. Trzeba było ich uspokajać i tłumaczyć, że nie jest to możliwe, przynajmniej w tej chwili (.) Z naprzeciwka, od strony Bielska i Katowic, jechały odkryte ciężarówki z wycieczkowiczami. Na widok maszerujących oddziałów zwalniały i przystawały. Rzucano nam czekoladę i papierosy, machano radośnie rękami lub zeskakiwano z wozów i ściskano nam ręce. Ci ludzie także pytali: "Czy to już powstanie?" Wyjaśnialiśmy kim jesteśmy i dokąd idziemy. Jasne było, że cel naszej manifestacji był już częściowo osiągnięty: podnosiliśmy na duchu i umacnialiśmy spotykanych po drodze."

W następnym dniu funkcjonariusze MO raportowali:

"Banda przyszła w szyku zwartym z kierunku Czarnego do nowej Osady. Mieli boczne ubezpieczenia, na szosie było około 120 ludzi. Po zabezpieczeniu się ze wszystkich stron do 500 m od miejsca rabunku, dokonali otwarcia Sklepu Sp. Samopomocy Chłopskiej (.) Zabezpieczenie było RKM-ami, które były ustawione co kawałek na drodze i po rowach i po wzgórzach okolicznych. (.). Ubrani wszyscy byli w mundury wojskowe polskie, dużo miało mundury kroju angielskiego. Wśród członków było bardzo dużo kobiet. Czujki rozstawione po szosie zatrzymywały samochody z turystami oraz także pieszych turystów. Po prostu każdy przechodzień był zatrzymywany i nie wpuszczany aż do ich odejścia."

Jak wyglądały dalsze wydarzenia dowiadujemy się z relacji Ireny Stawowczyk ps. "Sarna":

"Po wkroczeniu wszystkich oddziałów do Wisły, kpt. "Bartek" odebrał na otwartym polu defiladę. W zwartych szeregach kilkuset partyzantów przemaszerowało przed oczami zebranych licznie mieszkańców. To była nasza pierwsza defilada! Rok wcześniej nasi sojusznicy z zachodu świętowali koniec wojny, odbyły się parady zwycięstwa, na których zabrakło Polaków (.). Dla nas wojna jeszcze się nie skończyła! Maszerując teraz mieliśmy jakby namiastkę nie odbytej parady. Nie zapomnę nigdy tego uczucia podniecenia i radości, jaka ogarnęła nasze szeregi, tego uczucia dumy, że możemy ogłosić wszem i wobec: oto jesteśmy, nie poddaliśmy się, pozostaliśmy wierni!"

Aby przeprowadzić tak dużych rozmiarów akcję połączoną z otwartą defiladą w ogarniętym komunistycznym terrorem i represjami kraju potrzeba było przede wszystkim pomyśleć o zabezpieczeniu całej akcji ze wszystkich stron możliwego ataku. Do tego celu został oddelegowany oddział "Sztubaka". Sam dowódca wspomina:

"Ja z częścią swojego oddziału nie brałem udziału w defiladzie, gdyż ubezpieczałem ją od strony szosy, którą mogły nadciągnąć w każdej chwili większe siły nieprzyjaciela. W Wiśle stacjonował w tym czasie oddział wojska polskiego i sowieckiego, niedaleko znajdowały się posterunki WOP. Wszyscy oni siedzieli cicho, jak przysłowiowa mysz pod miotłą, nie dając znaku życia. Jak się później dowiedzieliśmy, funkcjonariusze MO i UB w Żywcu zaczęli się barykadować, a z Milówki po prostu uciekli. Podczas kontrolowania okolicznych willi i domów, miałem przyjemność zetknąć się z dziećmi Aleksandra Zawadzkiego, i dać im lekcję historii, (.), a także odbyć wyjątkowo miłe spotkanie z żołnierzami i ich oficerem. Bardzo mnie to pokrzepiło. W kolejnej willi spotkaliśmy zapłakaną kobietę wołającą do nas: "Podobno w Krakowie masakra! Ruskie czołgi rozjeżdżają nasze dzieci".Musiałem ją uspokoić i poprosić jednocześnie, żeby nie rozpowszechniała tych panicznych wiadomości. Musiałem też powstrzymywać moich partyzantów, którzy, oburzeni, chcieli już biec organizować samochody i wyruszać na odsiecz (.). Wkrótce otrzymałem zawiadomienie, że nasze oddziały wymaszerowują już z Wisły, udałem się więc ze swoimi w tym samym co oni kierunku."

O zabezpieczeniu defilady w Wiśle i o całym tym wydarzeniu pamięta również dobrze Władysław Foksa pseudonim "Rodzynka", który dowodził grupą 18 żołnierzy w oddziale "Sztubaka":

"Na dzień 3 maja 1946 roku została zarządzona koncentracja prawie wszystkich oddziałów do sztabu na Baraniej Górze. W koncentracji tej nie brał udział oddział "Szarego" Antoniego Bieguna, któremu wyznaczono rolę zabezpieczenia terenu wokół Wisły, natomiast żołnierze oddziału Rodzynka rozmieszczeni zostali w miastach Cieszynie, Bielsku, Białej i Żywcu przy koszarach wojskowych, Urzędach Bezpieczeństwa, Komendach MO i ORMO, gdzie w razie jakichkolwiek większych zgrupowań mieli natychmiast o tym meldować. Przy takiej obstawie oddziały "Bartka" zeszły ze stoków Baraniej Góry i w szyku bojowym, w pięknym uzbrojeniu, z ryngrafami na piersiach przemaszerowali ulicami Wisły. Oddziały te w ilości 200 żołnierzy prowadził z-ca komendanta Oddziałów Leśnych Jan Przewoźnik "Ryś" a defiladę przyjmował sam komendant Henryk Flame "Bartek". Trwało to około dwóch godzin. Po defiladzie komendant Henryk Flame powiedział, że parada ta miała olbrzymie znaczenie propagandowe albowiem tak mieszkańcy Wisły jak i przygodni turyści zobaczyli na własne oczy jaką siłę tak pod względem ilości żołnierza jak i uzbrojenia przedstawiają sobą tylko Oddziały Leśne. Widok tego wojska wzbudził podziw, a zarazem przyczynił się do podniesienia otuchy w rychłe wyzwolenie z okowów komunizmu. Wyraziło to się głównie w obrzuceniu kwiatami maszerujących jak i łzy szczęścia w oczach głośno wiwatujących. Manifestacja ta przebiegła spokojnie bez jakichkolwiek interwencji ze strony organów Urzędu Bezpieczeństwa, Milicji czy kogokolwiek."

Na koniec warto również przedstawić relację "drugiej strony barykady" w osobie komunistycznego pisarza Jana Brzozy, który relacjonuje:

"(...) Była może godzina 10 przed południem, gdy syrena fabryczna zagwizdała na alarm. Maszyny stanęły i robotnicy wybiegli przed tartak (.) Wszyscy śpieszyli w stronę bramy, skąd rozległy się okrzyki: "Wojsko idzie!" (...) Obok poczty ustawiliśmy się w tłumie tworzącym szpaler. Potem szmer przycichł, gdyż zza rogu pojawił się jeździec na białym koniu [Jana Przewoźnik"Ryś", który prowadził defiladę jadąc na koniu] . Był w mundurze wojskowym typu angielskiego, na plecach wisiał mu maszynowy pistolet, głowę przykrywał szeroki beret aliancki (.) Za nim nadeszły kolumny żołnierzy. Szli dwójkami po obu stronach ulicy w szyku bojowym (.) Żołnierze trzymali broń maszynową w gotowości bojowej (...) Szli i szli (...) Każda grupa stawała przed "Bartkiem" na baczność, meldując mu stan liczebny i gotowość bojową. Po przyjęciu raportu "Bartek" krótko przemówił, podkreślając, że NSZ walczy o wielką narodową Polskę i w obronie wiary katolickiej. Zwycięstwo jest niedalekie i pewne."

( J. Brzoza, Beskidzkie noce , wyd. MON, 1966 )

Jak widać z powyższego opisu, nawet strona przeciwna i to osoba mocno zaangażowana w aktywnym wspieraniu "władzy ludowej", odniosła się z respektem i podziwem do przemarszu żołnierzy "Bartka" przez Wisłę.

Stacjonujące w pobliżu jednostki wojska , KBW, WOP i UB nie zdecydowały się na atak i walkę ze zgrupowaniem NSZ

W godzinach późno popołudniowych grupy leśne znalazły się z powrotem na Baraniej Górze, jednocześnie zostało "zwinięte" ubezpieczenie. Po dotarciu wszystkich oddziałów leśnych do sztabu, "Bartek" podziękował podkomendnym za dyscyplinę w czasie defilady i na zakończenie dodał, że "manifestacja miała wielkie znaczenie propagandowe, gdyż ludzie zobaczyli ilu nas jest i czym dysponujemy."

Tak zakończyło się wydarzenie, które choć przez chwilę pokazało "władzy ludowej" siłę i zdeterminowanie żołnierza podziemia w walce o wolną Polskę a im samym, jak widać powyżej, utkwiło głęboko w pamięci będąc powodem dumy i radości w tych ciężkich czasach.

( Na podstawie materiałów ze strony www.endecja.pl, D. Suchorowska''Najdłużej stawiali zbrojny opór. '', materiałów IPN Katowice )

Zobacz również :


1 Henryk Antoni Flame, ps. "Grot", "Bartek", ur. 19 stycznia 1918 we Frysztacie na Zaolziu.

W kampanii wrześniowej, pilot 123 eskadry myśliwskiej przydzielonej do Brygady Pościgowej broniącej nieba nad Warszawą. Z 6 na 7 września 123 eskadra została wycofana z Warszawy na podlubelskie lotniska, dostał prawdopodobnie przydział do nowo sformowanej Eskadry Rozpoznawczej operującej na linii Lwów-Zaleszczyki. Pod koniec września przekroczył granicę z Węgrami. Przekazany władzom niemieckim, które umieściły zbiega w obozie jenieckim zlokalizowanym na ziemiach austriackich wcielonych do III Rzeszy. W 2. połowie 1940 roku, dzięki interwencji rodziny, Flame został wypuszczony z obozu . Po powrocie do Czechowic, Henryk Flame, podjął pracę jako maszynista na miejscowej kolei i związał się jednocześnie z niepodległościową konspiracją.

Założył organizację HAK podległą AK, która zajmowała się wywiadem i sabotażem. Na przełomie roku 1943 i 1944, zagrożony dekonspiracją i aresztowaniem, wraz z podkomendnymi uciekł do lasu, gdzie zorganizował samodzielny oddział partyzancki operujący w podbeskidzkich lasach. W październiku 1944 roku został zaprzysiężony na żołnierza NSZ.

W kwietniu 1945 roku, kolejny raz, Flame uciekł ze swoimi ludźmi w pobliskie lasy. Od tej pory Flame zaczął występować jako "Bartek" odtwarzając odziały partyzanckie VII Okręgu Śląsko-Cieszyńskiego NSZ rozpoczynając tym samym "drugą konspirację". Od maja 1945 roku do lutego roku 1947 Henryk Flame stał na czele największego zgrupowania niepodległościowego na Śląsku Cieszyńskim, którego liczebność, w szczytowym okresie, wynosiła ponad 300 dobrze uzbrojonych i umundurowanych żołnierzy. Składające się z kilku oddziałów zgrupowanie przeprowadziło łącznie około 240 akcji zbrojnych. "Bartek" z najbliższym otoczeniem ujawnił się dopiero 11 marca 1947 roku w Cieszynie.

Zamordowany 1 grudnia 1947 roku w Zabrzegu pod Czechowicami. Powrót


< Powrót do strony głównej >

a